poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Opalanie w strefie zmian, czyli sztafeta 1/4IM w Chodzieży.

Było sobie takich troje ludków, z których każdy miał swoją ulubioną dyscyplinę. Tych troje ludków postanowiło połączyć swoje siły i wystartować w sztafecie triathlonowej. Wybór imprezy do łatwych nie należał, bo każdy miał już jakoś poukładany rok, pozajmowane weekendy na 3 miesiące do przodu, finalnie padło na Chodzież. Dystans - 1/4IM.


Na zmianie pływackiej miałam płynąć ja... W momencie zapisu pływałam 3 razy w tygodniu i to z konkretną rozpiską treningową. Miałam naprawdę ambitny plan zejścia poniżej 17 minut. Nie wzięłam niestety pod uwagę dwóch rzeczy: że zamkną na cały lipiec pływalnię w Szamo i że przebiegnę Rzeźnika, który mnie rozłoży na ponad miesiąc. Tym sposobem w połowie lipca zaczęłam sobie przypominać jak się pływa kraulem, bo zdążyłam niestety zapomnieć. Przypominałam sobie i w jeziorze i na pływalni w sąsiednim mieście. Miałam poczucie, że składam styl od początku. Moje założenie na ten start musiałam zweryfikować i powalczyć o to, by wyszło cokolwiek poniżej 20 minut.

Zmiana rowerowa. Tu zawodnik był mocny i pewny jak mało kto. Seba. Poza tym, że wyciska z nas siódme poty na crossficie i prowadzi zajęcia z KravMaga, to jest zapalonym kolarzem, znającym się na rzeczy, pierwszą osobą, do której udaję się z rowerowym problemem. Wyciąga niesamowite prędkości i żaden podjazd mu nie straszny. Ma za sobą i trajlony i zawody kolarskie, a na krótko przed imprezą został szczęśliwym posiadaczem czasówki i to właśnie w Chodzieży zamierzał ją... hm. Rozdziewiczyć ??


No to jeszcze bieg! A tu Łuki :) Który, jak nie raz pisałam, biega jak dzik. Bieganie to jego zdecydowana dyscyplina nr 1. Łuki nie ma endomondo, rzadko startuje na asfalcie, częściej ostatnio w górach, nie zwykł robić wokół siebie i swojego biegania szumu, na fb się praktycznie nie udziela. To też nie będę pisać wiele, a że jako jedyna widzę i śledzę na bieżąco jego pracę na treningach, po prostu powiem krótko: jest moc. Niesamowita.

Nowienc w takim oto składzie zameldowaliśmy się w dniu startu w Chodzieży, trochę niepewni co nas czeka, no bo jak to w tej strefie zmian, pierwszy raz ogarnialiśmy coś takiego jak sztafetę, ale pfff, się ogarnie. Okazało się to rzeczywiście nieskomplikowane, wystarczyło sobie po prostu nawzajem przekazywać czipa i nr startowy, żadnego szamotania się z pianki, przebierania itp.


Moje pływanie. Poszłam na pierwszy ogień i... chyba zrobiłam tyle, na ile tego dnia było mnie stać. Robiłam maksimum jakie mogłam, bo w końcu na co bym miała oszczędzać swoje siły, chyba jedynie na opalanie w strefie zmian ;) Płynęłam na maksa, pamiętałam o długich pociągnięciach i nie myliłam się z nawigacją. Gdy wyszłam z wody usłyszałam Łukiego, który krzyczał, że jest dobrze, pędziłam szybko jak nigdy do strefy zmian. Gdy dotarłam zasapana jak lokomotywa (czemu zawsze do T1 jest pod górkę...), Seba sam zdjął czipa z mojej kostki zapiął sobie i w sumie tyle go widziałam. Położyłam się na trawce koło naszego stanowiska i tak sobie prawie do końca jazdy Seby leżałam. Tym sposobem złapałam pierwszą w tym roku opaleniznę ;) Oczywiście w międzyczasie zdjęłam piankę. A wynik mój mnie nie zachwycił, co tu dużo pisać. 19:25 nie jest szczytem moich możliwości, ale był szczytem akurat tego dnia. Dużo się nie pomyliłam z tym, że będę próbować zejść poniżej 20 minut. Dobrze, że już znam swój organizm na tyle, że jestem w stanie ocenić jego możliwości w danym momencie. A one były akurat jakie były, z nietrenowania wyników się nie robi.

Po chwili pojawił się Łuki, który powoli rozgrzewał się do swojego etapu. Do strefy zmian zaczęli się schodzić biegacze sztafetowi i dopiero wtedy w powietrzu czuć było rywalizację. Robiliśmy z Łukim mały rekonesans, które sztafety są męskie, a które mieszane. W końcu zaczęli zjeżdżać się kolarze. Jako trzeci dotarł Seba, który celował w czas 1:10 i dużo się nie pomylił - pokręcił 1:09. Mocarz!

Szybka wymiana czipów i numerów, po której Łuki ruszył, aż się kurzyło. Mała analiza, wychodziło  na to, że jesteśmy pierwszą sztafetą mieszaną, przed nami są tylko dwie męskie, do których nie brakuje nam wiele. Poszliśmy łapać Łukiego na pierwszym okrążeniu, nie zdążyliśmy... Za szybki był. Tak szybki, że wykręcił tego dnia życiówkę na 10km. 37:50... I dowiózł nasze pierwsze miejsce na metę. A my tam z Sebą już na niego czekaliśmy, i ach, co to była za radość! Zajebiste uczucie, gdy się zdobywa coś wspólnie, drużynowo, nawet jeżeli samemu miało się w to najmniejszy wkład. 


Potem czekaliśmy już tylko na dekorację w towarzystwie Ali, a później Krasego, który tego dnia robił 1/2IM.

Razem wykręciliśmy czas 02:09:47. Wynik pokazał nam, że mocna z nas ekipa, pozostaje mi tylko  następnym razem popłynąć swoje i będzie jeszcze lepiej. Bo następne razy na pewno będą! Postanowione :)