wtorek, 5 września 2017

(Jednak) las i góry, czyli moja jesień.

Każda chwila przestoju nas czegoś uczy, a przerwę w robieniu czegoś można wykorzystać tak, aby w przyszłości to coś robić lepiej. Doszłam do takiego wniosku i go zaakceptowałam. A teraz wcielam w życie. Pogodziłam się już z tym, że w tym roku raczej nic wielkiego w bieganiu nie zwojuję. Organizmu nie oszukam, a ten dobitnie daje mi znać, że chce jeszcze luzu. Że walka o poprawę wyników i śrubowanie formy, póki co, nie wchodzi w grę. Zrozumiałam, że nie ma sensu kopać się z koniem. I choć na początku, gdy znów moje zdrowie zaczęło szwankować, było mi żal, ostatecznie pogodziłam się z tym. Przyjmuję. I chyba odetchnęłam z ulgą.


Pisałam wcześniej, że ciężko mi było wrócić po Rzeźniku, że chorowałam i brałam antybiotyki, które totalnie mnie rozbiły. Miesiąc po Rzeźniku zaczęłam bardzo powoli wracać do biegania, a od sierpnia przez równiutkie 3 tygodnie udało mi się pracować wg (własnego) planu. Po Rzeźniku chciałam rozpocząć przygotowania do maratonu i półmaratonu na jesieni, no i do Łemko. Z maratonu zrezygnowałam, ale chciałam dopiąć swego chociaż w połówce. Plan treningowy, który sobie z początkiem sierpnia narzuciłam był ambitny: bieganie 4 do 5 razy w tygodniu. Podbiegi, tempówki na stadionie, bieg z narastającym przyspieszeniem lub wytrzymałość tempowa na odcinkach 1-2 km, długie i wolne bieganie, Dziewicza Góra. To wszystko działało, bo poprawę widziałam z tygodnia na tydzień. Niestety rozbiło się wszystko o kant dupy, gdy załapałam wirusa, który mnie uziemił na prawie 2 tygodnie. Tak długo, bo jak już wydawało się, że jestem zdrowa, poszliśmy na weselicho i zabawa w powrót do zdrowia zaczęła się na nowo. A naprawdę byłam grzeczna, tj. piłam tylko wino ;) Bez dzikich pląsów i zdzierania gardła. Szczęście, że tym razem obyło się bez antyboli, ale znów, kurde, przerwa, w czasie której zdążyłam stracić głos, przerobić wszystkie rodzaje kaszlu (nadal nie rozróżniam) i kolory zawartości moich zatok. Tym sposobem pożegnałam się z nową życiówką w połówce, która na jesieni miała wynieść 1:39:XX i postanowiłam włączyć na luz. Widocznie ciało jakoś usilnie się przed wysiłkiem wzbrania, jest nadal słabe i lepiej dać mu zebrać siły na przyszły rok. 



Przemyślałam 'swoje bieganie' ;) Zadałam sobie wiele pytań na temat moich dotychczasowym 6 - ściu lat biegania, przywoływałam w pamięci kręte drogi jakie czasami obierałam, aby coś osiągnąć i nie zawsze mi się to udawało. Jak często brakowało dobrego planu, nie domierzyłam sił do zamiarów albo (też!) zamiarów do sił. Jak często sport musiał robić za tłumik niepoukładanych spraw, zagłuszacz problemów, gdy trenowałam jak osioł, zamiast robić porządki ze swoim życiem. Ile marzeń biegowych wciąż zostaje niespełnionych, o których gadam od lat, a jak mam się zabrać za ich realizację, to albo tchórzę i wybieram inną drogę, albo się biorę za temat od dupy strony i kończę z kontuzją (patrz - wiosna tego roku). Zebrałam sobie te marzenia, które mi nie dają spokoju od lat. Nie są to nie wiadomo jakie marzenia, żadne ultra ani trajlony w górach na końcu świata. Zwyczajne do bólu niespełnione cele, które się za mną wloką i nie chcą dać spokoju. Zebrałam je do kupy. I chyba poprawnie sobie odpowiedziałam na pytanie, co bym chciała na ten moment osiągnąć, co mi pozwoli osiągnąć satysfakcję i da poczucie spełnienia na najbliższe lata. Skoro wiem już co chcę osiągnąć, to idąc dalej, odpowiedziałam sobie na pytanie jak chcę, żeby do tego doszło. A idąc jeszcze dalej, odpowiedziałam sobie na pytanie, kiedy chcę żeby się to zrealizowało. Tym sposobem nakreśliłam plan na rok przyszły. O tym napiszę w swoim czasie, jak uda się wszystko dopiąć. 

Tymczasem co będę robić teraz?
Oczywiście, że biegać! Gdy tylko zdrowie mi pozwoli... Z bieganie nie zrezygnuję zupełnie, bo widzę jaka słaba jest moja odporność. Muszę ją odbudować, a najlepiej właśnie przez sport. Poza tym nie chciałabym wiosną zaczynać pracy od zera, więc chciałabym utrzymać mniej więcej taki poziom wytrenowania jaki mam teraz. Tyle, że oszczędzę sobie treningów na porzygu i morderczych startów. Chcę uskuteczniać lekkie trenowanie nie pod wynik, tylko pod zaliczenie Łemko Maratonu. Nie odpuszczę Łemko, bo i tak tam będę - Łuki biegnie Łut150!!!, a dla mnie to będzie takie małe, biegowe pożegnanie z górami, oczywiście na pewien czas...
Żeby coś się w międzyczasie działo, dorzuciłam sobie tzw. niemordercze starty 'bez zobowiązań' czyli Forest 22km i Półmaraton Puszczy Noteckiej. Odchodzę od trenowania 5 razy na tydzień, bo w tej chwili mi to niepotrzebne, ale żeby nogi mi się nie zamuliły przetrę je od czasu do czasu na stadionie. Za to najwyższy czas przeprosić się z kettlami, no i na szczęście wraca crossfit. Kiedy się wzmacniać, jak nie zimą? Rzeczą na którą się jaram to mały wypad w góry, który czeka nas za chwilę. Łuki biegnie B7D 100km w Krynicy, a ja przy tej okazji, jeżeli wszystko uda się po naszej myśli, skradnę sobie Tatry na jeden dzień. Jest taka jedna trasa, którą chcę poznać nieco dokładniej. 

Nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli, czasem trzeba to wziąć na klatę. I ja na moją biorę. Biorę, bo wierzę, że swoje cele osiągnę w swoim czasie. A zdrowy rozsądek i odpoczynek mi tylko w tym pomogą :) Poza tym nie odpuszczam! Bo przecież będzie Łemko i całkiem sporo biegania po lesie :)
Tak więc las i góry. Tak wygląda moja najbliższa jesień. Jesień, która ma służyć przede wszystkim zbieraniu i kumulowaniu sił, które przydadzą się później :)